autor: admin | 1 lipiec 2009
Opętani sztuką, która przysłaniała im wszystko, wyznaczając zarazem groźne linie profesjonalnych deformacji, garnęli się tym chętniej do Pissarra, im bardziej czuli, że jego spokojny świat jest dla nich niedostępny; i choć ich arbitralny wybór wydawał się im, również przez porównanie z wyborem Pissarra, niezmiennie słuszny, nie mogli się oprzeć nostalgii za tym światem ładu, sprawiedliwości i pięknego ideału, gdzie artysta mógł być szanującym prawa ludzkie człowiekiem. Cezanne, który znał Pissarra najlepiej, Gauguin, który malował z nim kilkakrotnie, van Gogh, który nie znał go wcale wspominali później Pissarra z wdzięcznością i podziwem. Pamiętał o nim syn bankiera ścigający w swoim mieszczańskim Aix niepochwytną nigdy „realizację”, i były makler giełdowy zadający sobie na egzotycznych wyspach nieubłagane pytanie: „Skąd przychodzimy? kim jesteśmy? dokąd idziemy?”, i niedoszły pastor, szukający „wysokiej żółtej nuty” w prowansalskim pejzażu okolic Arles. Istnienie Pissarra było dla nich gwarancją: bezpieczeństwa, normalności, możliwości stosowania ludzkiej miary także w przypadku artysty. Zawsze mogli liczyć na tego najpewniejszego z ludzi, którego malarstwo (wiedzieli, co jest warte; za bardzo byli malarzami, żeby nie wiedzieć) było tak samo bez kłamstwa jak jego autor. Co najmniej na taką ocenę zasługują dziś te kojące i harmonijne pejzaże, które z dyskretną dydaktyką mówią współczesnemu widzowi, czym jest uczciwy obraz.