autor: admin | 1 styczeń 1970
Poglądy barbizończyków są bliskie poglądom Corota. Jest to ta sama naiwna i prosta miłość do sztuki, ta sama wierność obserwacji, to samo uznanie przyrody za jedyny wzór i źródło inspiracji, to samo odrzucenie wszelkich zasad akademickich, a w szczególności recept pejzażu historycznego i heroicznego. Jednakże, jeśli założeniem barbizończyków jest „naturalność” (obcowanie z przyrodą, współżycie z przyrodą), a wielką ich zasługą odejście od akademizmu, jako malarze są oni znacznie bardziej tradycjonalistami niż Corot: ich pejzaż, choć oparty na obserwacji przyrody, nadal jest malowany w pracowni; temat odgrywa w nim zasadniczą rolę; podobieństwo obrazu do przedmiotu, od którego obraz wychodzi (wycinka przyrody), jest znacznie ważniejszą sprawą niż transpozycja tego przedmiotu. Najbardziej uderza to w obrazach Milleta, którego od akademików dzieli postawa i punkt widzenia, ale który tak samo jak oni szuka stylu, tyle że w innych warunkach i innymi środkami; w jego obrazach „literatura” ma oczywistą przewagę nad malarstwem: anegdota pozostaje anegdotą, nawet jeśli drwal zastępuje nimfę.
Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że malarstwo barbizończyków jest wyzwoleniem od pewnego rodzaju przesądów kultywowanych w pracowniach akademickich; że jeśli dochodzi w nim do głosu opowiadanie, jest to opowiadanie oparte na obserwacji, na bezpośrednim kontakcie ze światem, nie zaś z fikcją, która nazywa się „starożytnością”, „klasyką”, „ideałem antycznym”; że oko malarza kształci się tu w obcowaniu z formami żywymi; że jeśli nie ma jeszcze mowy o decydującej roli materii malarskiej (tak świetnej przecież u Corota), to jednak jest ona respektowana w tym samym sensie, w jakim respektowali ją pejzażyści holenderscy (pejzaże Rousseau i Daubigny’ego).