autor: admin | 24 czerwiec 2009
Dotyczy to również ostatnich aktów, niebywałej wspaniałości, przy których trzeba zapomnieć o pięknych aktach wcześniejszych, tak samo bowiem nie są piękne, jak nie są nimi na przykład późne akty Rembrandta. Te nagie kobiety Degasa, jak przedtem wycierające się ręcznikiem, pochylone nad miednicą, wchodzące do wanny, to nie modelki, które za chwilę włożą kapelusz z woalką i suknię wedle mody z końca wieku; nie należą ani do epoki, w której żyje Degas, ani do żadnej innej, są z wielkiego ciągu malarstwa — symbole, które kiedyś nazywały się Afrodyta, Danae, Zuzanna, Betsabe, zanim akademizm dziewiętnastowieczny nie odebrał im wszystkiego, czym były przedtem. Ale czym były przedtem wiedział ten stary człowiek, który nie mówił już zdań mądrych ani zdań ośmieszających i bezlitosnych, który nie zrywał stosunków i nie udzielał wybranym rzadkich łask dobrego humoru. Zamknięty w swojej pracowni, na wpół ślepy, wydobywał z nicości te niematerialne kształty, tancerek, które jego serce „zaszyły w worek z różowego atłasu”, kobiet, których pospolitość potrafił teraz przemienić nie tylko w malarstwo, ale we wzniosłość. Nie wiedział nic o niej w życiu, tak samo jak o miłości, dobroci, szlachetności. Wiedział tylko, że „jest miłość i jest dzieło, a my mamy tylko jedno serce”. * Dawno dokonał wyboru. Teraz potwierdzała się tylko jego okrutna słuszność.