autor: admin | 2 lipiec 2008

Ingres, Łaźnia turecka, 1862
Malarstwo nie jest uroczystą nudą, ale jedną z najwspanialszych rzeczy, jakie może ofiarować życie. Niech głupcy celebrują je z ponurą powagą; nie dla niego są pompatyczne nabożeństwa, które ci nieszczęśni nazywają uprawianiem sztuki. Mimo to Renoir należał do najbardziej przykładnych uczniów Gleyre’a, uważał bowiem, że nie przyszedł tu po to, by manifestować swoje poglądy (były one zresztą ostatnią z jego trosk), ale po to, by jak najwięcej skorzystać. Toteż kiedy inni dawali dowody swojej niezależności tłukąc szyby w pracowni, wyjąc, znęcając się nad modelami i nie dając profesorowi dojść do głosu, Renoir niewzruszony trwał przy swoich sztalugach.
Do studentów, równie jak Renoir dalekich od awantur, ale tak samo nie znajdujących żadnej możliwości porozumienia z profesorem, należał Claude Monet. Wróciwszy z Algieru, gdzie odbywał służbę wojskową (zwolniono go po półtora roku z powodu choroby), po sześciomiesięcznej rekonwalescencji w Hawrze przyjechał znowu do Paryża. Tym razem, by odbyć regularne studia. Mając jednak więcej doświadczenia jako malarz i mniej od Renoira beztroski, nie mógł bez irytacji słuchać Gleyre’a, który patrząc na jego płótno mówił:
„Nieźle, wcale nieźle, ale pański akt nazbyt jest w charakterze modela. Ma pan przed oczami mężczyznę krępego: na płótnie jest on krępy nadal. Model ma ogromne stopy: u pana są one takie same. Wszystko to razem jest bardzo brzydkie. Proszę sobie zapamiętać, młodzieńcze: malując postać ludzką, zawsze powinien pan myśleć o antyku. Natura, i owszem: nie mam nic przeciwko niej, jeśli stanowi element studiów, ale poza tym jest nieciekawa. Styl, nie ma jak styl, przyjacielu.”