autor: admin | 24 czerwiec 2009
„Monsieur Degas” przed oczami niepowołanych strzegł nie tylko swego życia, ale i swojej sztuki. Można powiedzieć bez cienia przesady, że był jednym z nielicznych artystów, któremu rzeczywiście nie zależało na niczyich sądach. Kpił tak samo z pochwał jak z zarzutów, za komplementy i za krytyczne uwagi płacił jednako złośliwościami, jedne i drugie uważał za rodzaj zuchwalstwa, rozróżniał tylko jego stopnie. Źródłem tego była pycha, tak wielka, że nic nie mogło jej zaspokoić, ale i niebywałe wymagania, jakie sobie stawiał. Maniacki stosunek do pracy, zagrożonej przez trzydzieści ostatnich lat jego życia ślepotą, nie ustał nawet wówczas, kiedy malowanie, coraz bardziej utrudnione, stało się w końcu fizyczną niemożliwością. Nie rezygnował, próbował współżyć z nieszczęściem, przystosować się do niego, przystosować je do siebie. Wpierw przeszedł od malarstwa olejnego do pastelu, potem, nie widząc już niemal zupełnie, od pastelu do rzeźby. Rzeźbił dotykiem, dotykiem też poprawiał błędy rysunków, pasteli, obrazów olejnych nawet, niczego nie uważał za skończone, za gotowe, zamknięte:
„Ach, gdzież są czasy, kiedy myślałem, że jestem silny, pełen logiki, pełen projektów. Spadam z pochyłości w dół, owinięty w wiele złych pasteli jak w papier do pakowania.”
Nie opuszczał już wtedy swojej ogromnej pracowni o zakurzonych i latami zapewne nie mytych oknach, pełnej sztalug, przyborów malarskich i dziesiątków przedmiotów bez nazwy, „które mogą się przydać”, ze sczerniałą wanną cynową pośrodku, obok której leżały jakieś pomięte szlafroczki, prześcieradła kąpielowe, strzępy tkanin, glina do rzeźby; czasem tylko schodził piętro niżej, gdzie znajdowała się jego piękna kolekcja obrazów — Ingres oczywiście, ale i Delacroix, Corot, Cezanne, Gauguin — i dotykając palcami powierzchni płócien mówił: „Płaskie, płaskie jak piękne malarstwo.” Pracował wciąż z tym swoim niezmożonym uporem, ale bardzo powoli: „Wszystko trwa nieskończenie długo dla ślepca, który chce, by uwierzono, że widzi.”